Myśląc o swoim ślubie na początku byłam przerażona. Jak to, taka uroczystość, tylu gości, a ja nie chcę blichtru, świecidełek, różowych lampek ani brylancików? Nie chcę też welonu, białych butów, bolerka, koka ani nawet diademu. „Co Ty to za ślub zrobisz” – słyszałam niejednokrotnie. Cóż – do odważnych świat należy!
Z pomocą moich przyjaciółek, z którymi od jakiegoś czasu prowadzę małą firmę eventową udało mi się stworzyć spójną wizję ciepłego, jesiennego ślubu. Bez zadęcia, bez przesady, ale z mnóstwem detali – rzeczy, które ja i mój partner kochamy. Zaczęło się od Say Yes to the Dress, które przygotowały mi przyjaciółki. Odwiedziłam kilka cudownych salonów, ale tylko w Annie znalazłam prawdziwą ślubną wróżkę, matkę chrzestną niezliczonych Pań Młodych i świetną doradczynię, która znalazła dla mnie tę idealną suknię i nieco uspokoiła. Potem poszło szybko – fryzura (kłos), buty i stylizacja Pana Młodego – frak i laseczka. Problem napotkaliśmy szukając sali, kiedy kolejny raz powiedziałam „To się świeci”, :Ja nie chcę” czy „Za mało zieleni”. Tak trafiliśmy na Gościniec Szumny, posiadłość u podnóża Beskidów i długo się nie wahaliśmy: piękne, zielone otoczenie, bungalowy w pagórku (jak w Shire) i duża sala, cała w drewnie. To było to! Całości dopełniły ozdoby w 100% hand made, „rodzinny” bufet, na którym wylądowały ulubione specjały kulinarne rodziny i przyjaciół, a wszystko to okraszone jesiennym motywem liścia klonu, bo przecież to „do grobowej deski”.

Dominika